Obecnie na rynkach kapitałowych i wśród giełdowych komentatorów trwa istny festiwal radości po mocnym odreagowaniu spadków jakie trwa na giełdach od października zeszłego roku. Słychać coraz więcej głosów o nowej hossie.
O ile jeszcze w zeszłym roku, po słynnym już gwałtownym załamaniu cen na rynkach ryzykownych aktywów, prawie nikt nie był optymistą (wszyscy kreślili już tylko czarne scenariusze), to w tej chwili paradoksalnie dochodzi do sytuacji skrajnie odwrotnej: nawet najwytrwalsi pesymiści przechodzą do obozu byków. Jednym z takich ekstremalnych przypadków był w ostatnich dniach Nouriel Roubini, zwany Dr Zagłada (Mr. Doom), który oświadczył, że kupuje akcje i przestaje być czarnowidzem. Wśród znanych komentatorów giełdowych w Polsce również bardzo trudno znaleźć już kogokolwiek kto obstawiałby czarny scenariusz na giełdzie. Nawet ci komentatorzy, którzy byli dotychczas nastawieni bardzo pesymistycznie, przestali już mówić o bessie i mówią co najwyżej o tym, że dalej może już tylko nastąpić jakaś korekta, która będzie świetną okazją do zakupów. Temat bessy praktycznie przestał się pojawiać, zresztą nawet po sierpniowym załamaniu cen akcji nie została ona jednomyślnie ogłoszona (większa część komentatorów mówiła tylko o przejściowej korekcie i dobrej okazji do zakupów).
Przesadny optymizm w czasie nawet krótkotrwałych odbić na giełdzie nie jest niczym nadzwyczajnym. Zjawisko to powtarza się cyklicznie od lat. Było ono nie raz obecne również w trakcie wyniszczającej bessy z 2008 roku. W okresie jednej z takich krótkotrwałych korekcyjnych zwyżek w lato 2008 roku Mark Mobius, zarządzający ryzykownymi aktywami na rynkach wschodzących stwierdził, że oto skończyła się bessa i rozpoczęła nowa hossa na rynkach akcji. Jak bardzo się mylił było widać już zaledwie 2 miesiące później gdy trwał krach na rynku akcji. Tłum ma tendencję do przejaskrawiania chwilowych wydarzeń i uogólniania ich na długie skale czasowe, podczas gdy najczęściej są to nietrwałe procesy. Abstrahując zatem od obecnych chwilowych nadmiernie pozytywnych nastrojów należy na chłodno zastanowić się z czym mamy do czynienia od kilku miesięcy na rynkach kapitałowych ? z powrotem hossy czy jedynie przejściowym odreagowaniem w bessie.
Źródła optymizmu
Obecnie argumenty jakie są wskazywane za tym, że mamy do czynienia z powrotem hossy na rynkach akcji są niestety nieliczne i niezbyt mocne. Pierwszym z nich i dominującym jest wciąż przewijający się temat siły amerykańskiej gospodarki, która ma już wchodzić na drogę trwałego ożywienia. Wskazuje się na poprawę na rynku pracy ? liczba nowozarejestrowanych bezrobotnych systematycznie spada i to samo tyczy się stopy bezrobocia: z około 10% spadło ono do 8,3%. Niektórzy wskazywali też jeszcze niedawno na poprawę na amerykańskim rynku nieruchomości. Rynek ten zaczynał się odbijać od dołka. Niemniej jednak kilka ostatnich odczytów znów było gorszych i argument ten nieco wyblakł i trochę wypadł z obiegu. Zresztą zgodnie z ustaleniami Ellen Zentner z banku Nomura rynek nieruchomości w USA po mocnym skurczeniu się w czasach ostatniego kryzysu będzie odpowiadał jedynie za 0,1% PKB i analizowanie go w kontekście powrotu Stanów Zjednoczonych na ścieżkę szybkiego rozwoju mija się na razie z celem. Samo odbicie od dna to również niewiele, tym bardziej, że takich korekcyjnych odbić widzieliśmy na tym rynku już wiele od 2008 roku.
?Dobrym indykatorem tego, że obecne poziomy na rynku akcji w USA mogą być już szczytem są wskaźniki nastroju, które w przeszłości trafnie wskazywały górki. Optymizm na giełdzie amerykańskiej jest obecnie najwyższy od 2005 roku, zgodnie z sondażem przeprowadzonym przez Bloomberg ?
Skupmy się więc na rynku pracy w USA. Stopa bezrobocia spada i nie ma co do tego wątpliwości. Niestety, w tej beczce miodu jest też łyżka dziegciu. Jak wiadomo stopa bezrobocia w USA nie obejmuje ludzi, którzy wypadli ze statystyk bezrobotnych. Większość osób zniechęconych długim kryzysem przestało szukać pracy i rejestrować się, co zniekształca obecny wynik stopy bezrobocia. Bezrobocie realne, obejmujące wszystkich niepracujących i zdolnych do pracy, wynosi w USA aż 15,1%. Oznacza to, że ci trwale bezrobotni, gdyby zaczęli ponownie rejestrować się, zawyżyliby obecną oficjalną stopę bezrobocia.
Nieprawdą byłoby jednak stwierdzenie, że bezrobocie w USA spada tylko dlatego, że coraz mniej osób rejestruje się. Rzeczywiście daje się ostatnio zauważyć wyraźny trend przyrostu nowych miejsc pracy w skali miesięcznej, który trwa już od zeszłego roku. Niestety i na tym obrazie widać pewną rysę: te nowe miejsca pracy to głównie praca tymczasowa lub zatrudnienie w niepełnym wymiarze czasu przy bardzo niskiej stawce godzinowej. Są to bardzo nietrwałe czynniki. Ożywienie na rynku pracy w USA wydaje się mieć jak na razie kruche podstawy i czas pokaże z czym mamy do czynienia.
Innym problemem jest to, że rynek pracy nie jest wskaźnikiem wyprzedzającym w gospodarce, wręcz przeciwnie, jest to najbardziej opóźniony wskaźnik. Być może mamy do czynienia z pokłosiem dobrych wskazań po jeszcze niedawno obecnym w zachodnich gospodarkach ożywieniu, które wciąż trwało w 2011 roku. Czas pokaże. Tymczasem przed amerykańskim rynkiem pracy długa droga do pełnej odbudowy. Z 8 milionów miejsc pracy utraconych w czasie kryzysu 2007-2009 odzyskano jak dotąd około 3 milionów.
Jeden mocniejszych argumentów jakie można wysunąć na korzyść obecnych wzrostów na rynkach akcji to wskaźnik ISM dla usług w USA, które stanowią blisko 80% amerykańskiej gospodarki. Wskaźnik ten jest obecnie na poziomie 56 pkt i wskazuje na rozwój sektora usług (każdy odczyt powyżej 50 pkt wskazuje na ekspansję). Niemniej jednak wskaźnik ten, choć wykazuje niezłą korelację z prawdziwym stanem gospodarki, jest niestety obarczony dość krótkoterminową perspektywą. Wystarczy zauważyć, że jeszcze w sierpniu 2008 roku wskazywał on na rozwój gospodarki (wciąż utrzymywał się powyżej 50 pkt) podczas gdy dziś z perspektywy czasu wiemy, że USA było już wtedy w recesji.
Giełdowi optymiści wskazują też na zwiększanie płynności przez banki centralne. Amerykański FED uruchamiał kolejne rundy ?luzowania ilościowego?, zwanego potocznie drukowaniem pieniędzy. Ostatnio zaczął mu w tym wtórować Europejski Bank Centralny, który uruchomił transze pożyczek LTRO (które de facto nie jest stricte drukowaniem pieniędzy, lecz zasilaniem banków w pożyczki). Jak głosi obiegowa opinia pieniądze te trafią (lub nawet już trafiają) na rynki kapitałowe i spowodują hossę. Tymczasem jest to bardzo duże uproszczenie sytuacji. Po pierwsze nawet sam prezes EBC powiedział w swym ostatnim przemówieniu, że tylko 7% pieniędzy z LTRO trafia do obiegu rynkowego. Znajduje to odzwierciedlenie na rachunku depozytów overnight Europejskiego Banku Centralnego (banki parkują tam swoje pieniądze), które są wciąż na rekordowych poziomach (w ostatni piątek wyniosły 496 miliardów euro).
Po drugie na giełdzie w USA trwają obecnie spektakularne wzrosty a przecież tam program luzowania ilościowego został zakończony w zeszłym roku. Wydaje się, że do wzrostów na giełdach nie są potrzebne żadne programy luzowania ilościowego, wystarczy, że się o nich ciągle mówi. Zresztą skoro ostatnio sytuacja w amerykańskiej gospodarce ma poprawiać się to luzowanie ilościowe już nie jest potrzebne. FED ma natomiast problem z inflacją, która coraz bardziej rośnie i może to z czasem wywołać podwyżki stóp procentowych w USA, co byłoby w dalszej perspektywie szkodliwe dla hossy na rynkach akcji. Wzrost prognozowanej inflacji widać tam szczególnie na spreadzie pomiędzy rentownością obligacji zwykłych i tych, które są indeksowane o stopę inflacji. Spread ten jest obecnie najwyższy od sierpnia zeszłego roku. Zwykłe obligacje też reagują tam na te oczekiwania nieco podwyższonymi rentownościami, choć ich oprocentowanie wciąż znajduje się na rekordowo niskich poziomach, podkopując tym samym ideę trwałości zwyżek na amerykańskim rynku akcji.
Teza mówiąca o tym, że luzowanie ilościowe jest wystarczającym czynnikiem dla wywołania hossy na rynkach kapitałowych jest nie tylko wadliwa ale też i niedojrzała. W warunkach spowolnienia gospodarczego i coraz gorszych wyników spółek, z czym mamy już zresztą do czynienia (napiszę o tym niżej), nie będzie po prostu trwałych wzrostów. Przykładem tego może być chociażby Japonia, gdzie stopy procentowe pozostają na bardzo niskim poziomie przez bardzo długi czas, gotówki nie brakuje a mimo to japoński rynek akcji pozostaje w trwałej bessie od 20 lat a ostatnio wrócił nawet do poziomów z pierwszej połowy lat 80-tych.
Sierpień 2011 był przełomowy dla rynków kapitałowych. Nastąpiły bardzo silne spadki i sytuacja ta była szeroko nagłośniona w mediach niefinansowych, które relacjonowały sytuację niemal minuta po minucie. Zdarza się to sporadycznie, co mówi samo za siebie.
Wystarczy zresztą obejrzeć wykresy indeksów giełdowych w skali ostatniego miesiąca aby samemu się przekonać o skali zniszczeń. Wykresy wyglądają jak szkic przepaści górskiej a większość z nich jest już niżej niż 20% od tegorocznych szczytów (w tym niemiecki DAX), co formalnie oznacza początek bessy. Jak na razie przed spadkiem większym niż 20% bronią się ważniejsze indeksy w USA ale i one są poddawane bardzo ostrej presji i prawdopodobnie również i one pokonają wspomnianą granicę.
Część komentatorów podawała, że za te spadki odpowiada głównie agencja Standards&Poors, która obniżyła rating USA odejmując jedno A. Teza ta jest tylko po części prawdziwa. Za spadki odpowiadał cały nawis bardzo negatywnych czynników, które skumulowały się w jednym czasie i miejscu. Gigantyczne zadłużenie USA, które znowu ociera się o recesję (a wedle niektórych komentatorów już w niej jest), ogromne problemy fiskalne Europy przy jednocześnie zwalniającej gospodarce w tym regionie, do tego słabnące wskaźniki makro na całym świecie, w tym w Chinach. Prawdopodobnie niedługo zobaczymy też bankructwo Grecji, która już jest praktycznie bankrutem, tyle, że nieformalnym. To wszystko stanowi mieszankę wybuchową z podpalonym lontem, którego nikt nie umie zgasić.
Grecja
Obecnie bardzo zasadna jest teza, że być może już na jesieni ujrzymy oficjalne bankructwo Grecji. W tym czasie mają być głosowane w parlamencie niemieckim szczegóły planu pomocowego z lipca bieżącego roku, jednak problem w tym, że rośnie opozycja wobec tego planu w Bundestagu. Co gorsza, sama Grecja w tej chwili oficjalnie oświadczyła, że nie jest w stanie spełnić wymogów postawionych jej w lipcu, za które miała otrzymać pomoc. Oświadczyła również, że jej zadłużenie wymknęło się spod kontroli i nie będzie w stanie naprawić go ani teraz ani w przyszłym roku. Jakby jeszcze było mało tych problemów Finlandia, jeden z krajów mających wyłożyć pieniądze na pomoc dla Grecji, zażądał zabezpieczenia swej pożyczki w wysokości 20% udzielanej kwoty.
Pomysł ten podłapały natychmiast inne państwa, które poszły śladem Finlandii i wysunęły podobne roszczenia. Coraz bardziej podzielona Unia Europejska staje się unią już tylko z nazwy. Obecny kryzys bardzo dobrze uwypuklił sztuczność owego zjednoczonego tworu: kiedy jest dobrze to wszyscy mówią o wspólnocie interesów, kiedy jednak jest źle to nikt już nie mówi o wspólnocie problemów. Przy okazji Unia Europejska okazała się tworem potwornie zbiurokratyzowanym, ociężałym, niezdolnym do jakichkolwiek skutecznych reakcji. Oficjele unijni starym zwyczajem ograniczają się tylko do wygłaszania ogólnikowych i wzniosłych frazesów, za którymi nie idą absolutnie żadne konkretne działania. Takie chwyty pod publikę świetnie działały w okresie prosperity, kiedy nie trzeba było specjalnie nic robić z gospodarką, obecnie są jednak żałosne i obnażają do bólu niemal dziecinną bezradność rządzących.
Wracając do Grecji, rentowności ich obligacji 2-letnich podskoczyły już do poziomu 47 pkt, rosnąc w piątek aż o 9%. Obsługa długu przy takim oprocentowaniu jest oczywiście nierealna. Rentowności obligacji o dłuższych terminach zapadalności wyglądają trochę lepiej niż dwulatek (w dłuższym terminie rynek długu widzi jakieś rozwiązania obecnych problemów), ale tak naprawdę wciąż są fatalne w porównaniu do każdych innych obligacji państwa ze zdrowymi finansami. Spready pomiędzy rentownościami obligacji greckich i niemieckich (10-letnich) osiągnęły w ostatni piątek kolejny rekordowy poziom 16,27. Wtóruje temu wskaźnik EMBI+, obrazujący spread między rentownościami papierów dłużnych rynków wschodzących i gospodarek dojrzałych, który właśnie osiągnął wartość 340 pkt, czyli najwyżej od roku.
Koszty ubezpieczenia Grecji, mierzone rynkiem CDS, ponownie wzrastają i obecnie są już na poziomie 2330. To mniej niż szczyt z lipca (2568), ale powrót do tendencji wzrostowej na tym rynku staje się faktem. Rynki kapitałowe praktycznie już dawno wyceniły Grecję jako bankruta. Nie powinno więc dziwić, że w zeszłym tygodniu nasza KNF zadała instytucjom finansowym pytanie, czy któraś z nich posiada greckie obligacje.
Włochy
Niewiele lepiej wygląda sytuacja w ojczyźnie Pizzy (choć Pizzę ponoć wymyślili Włochom właśnie…. Grecy). Włochy są dużo większą gospodarką niż gospodarka grecka i koszty jej ratowania byłyby nie do udźwignięcia na Starym Kontynencie. Tu również pojawiają się problemy w kwestii przeforsowania planów oszczędnościowych w parlamencie włoskim. Sytuacja stała się napięta o tyle, że ECB uzależnił od tego dalszą pomoc dla Italii. Aktualnie ta pomoc ograniczała się do zbijania rentowności papierów włoskich (aby Włochy były w stanie obsługiwać swój dług), co kosztowało aż 41,6 mld euro. ECB stało się jednak niecierpliwe i żąda spełniania obietnic, tym bardziej, że jest też krytykowane za to co robi jako nieuprawnione do takich działań. Włosi jednak zamiast tego wolą usuwać ze swego pakietu oszczędnościowego to do czego się wcześniej zobowiązali. Zdenerwowany rynek długu w reakcji na to zaczął więc ponownie wyprzedawać włoskie papiery dłużne przez co znów podnosi się ich rentowność. CDS na Włochy osiągnęły w ostatni piątek nowy rekord na poziomie 397 pkt (wzrost o 3,34%). W tym samym czasie nie udają się aukcje obligacji włoskich i hiszpańskich ? dla tych ostatnich stosunek popyt/podaż wynosił 1,76, podczas gdy w lipcu było to 2,85. Dla 10-letnich papierów włoskich stosunek popyt/podaż wyniósł 1,27, czyli poniżej przeciętnej rocznej średniej na poziomie 1,4.
Problemy na Starym Kontynencie piętrzą się więc bez końca. Wydaje się, że nie zostaną rozwiązane aż nie dojdzie do jakiegoś gospodarczego tsunami. Wtedy to podziała dopiero na wszystkich terapia wstrząsowa, oczywiście jak już będzie za późno.
Wskaźniki makro
Co gorsza, wskaźniki makro w ostatnim kwartale wręcz załamały się, niczym indeksy giełdowe w sierpniu. Gospodarka europejska i niemiecka spadła do obszaru bliskiego zeru (PKB ? 0,2%), to samo tyczy się produkcji mierzonej wskaźnikami ISM i PMI na Starym i Nowym Kontynencie, w tym również w Chinach, które balansują w rejonie 50 lub są już poniżej (spadek poniżej 50 oznacza recesję). W USA najnowszy odczyt ISM dla przemysłu zatrzymał się co prawda na poziomie 50,6, jednakże tylko i wyłącznie dzięki przyrostowi zapasów, co jest słabym pocieszeniem (zapasy rosną przy słabnącej gospodarce, gdy jest coraz mniej kupujących). Subindeks produkcyjny tego indykatora wykazuje już recesję, to samo tyczy się zatrudnienia i eksportu. Co gorsza, wspomniane wskaźniki makro są już od dłuższego czasu w trendzie spadkowym i tyczy się to również polskiego PMI przemysłowego, który jest w wyraźnym trendzie spadkowym od listopada zeszłego roku. W bardzo kiepskiej sytuacji pozostaje PKB w USA, które balansuje w obszarze 1%, co w przeszłości zawsze zwiastowało recesję (potwierdzają to najnowsze analizy znanego ekonomisty Richa Yamarone). Rentowność 5-letnich obligacji USA spadła już poniżej 1%, co również jest uważane za zwiastun recesji. Nie bez znaczenia jest również gigantyczne zadłużenie USA, które szybko przyrasta. W tym punkcie USA ma problemy podobne do tych europejskich.
Spowalniające światowe gospodarki mają poważny problem z potencjalnymi bankrutami-państwami. Tonący nie uratuje tonącego. Próba zaciskania pasa może tylko pogorszyć sytuację, potrzebne są raczej stymulanty nie oparte na dalszym zadłużaniu się (cięcia podatków i inne sposoby). Na taki sposób myślenia wśród oficjeli UE jak na razie jednak nie zanosi się co wskazuje na to, że impas będzie trwał dalej, aż do jakiejś katastrofy.
Rynek kontraktów terminowych na stopy procentowe w strefie Euro za 6 miesięcy najlepiej pokazuje, że idzie spowolnienie gospodarcze. Aktualnie wycenia on te stopy procentowe na poziomie 1%, choć jeszcze w maju wyceniał na 2,5%. Podobnie rynek kontraktów terminowych na stopy procentowe w Polsce wycenia ich spadek za 6 miesięcy. W zgodzie z tym jest rynek naszych obligacji, których rentowność spada konsekwentnie już od wiosny. TBSP Index, mierzący wartość naszych obligacji skarbowych zerokuponowych, wyszedł już w marcu z trendu bocznego i wzrósł z 1230 do 1290 pkt. Rynek długu już wie, że idzie spowolnienie gospodarcze.
Zaistniał również kryzys zaufania w sektorze międzybankowym. Nikt dokładnie nie wie ile greckich lub włoskich obligacji mają banki europejskie (najwięcej mają ich podobno banki francuskie i niemieckie). Mówi się coś o 2% wszystkich aktywów ale jest to tyle niepewne, że obligacje, które nie zapadły, mogą nie być w ogóle wykazywane w bilansie. CDS na największe banki europejskie (BNP, Santander, Credit Agricole, Unicredito, Societe Generale, Barclays) są już wyżej niż w 2008 roku. W piątek CDS na BNP Paribas wzrosły o 46% a na UniCredit o 38%. Indeks Euro Stoxx Banks spadł już niemal do poziomów (108,64 pkt) z dna bessy 2009 (96,22 pkt). Jak widać rynki bardzo się boją ewentualnej tykającej bomby w sektorze bankowym. Potwierdza to również tzw. TED Spread, który zaczął wyraźnie rosnąć w sierpniu. Wskaźnik ten obrazuje poziom strachu w sektorze międzybankowym.
Strach co do Europy nie ogranicza się jednak tylko do banków. Wskaźnik Markit iTraxx Europe Crossover 5Y, mierzący koszt CDS ubezpieczenia obligacji największych przedsiębiorstw w Europie, wzrósł do poziomu 679 pkt.
Bessa czy tylko korekta?
Wielu komentatorów zastanawia się obecnie czy sierpniowa korekta na rynkach jest początkiem bessy czy świetną okazją inwestycyjną, podobną do tej jaka zdarzyła się w 2006 roku, kiedy to nasza giełda szybko podniosła się po równie silnych spadkach. Symptomy towarzyszące obecnemu załamaniu są jednak bardziej typowe dla bessy niż klasycznej korekty. Przede wszystkim kontekst makroekonomiczny jest typowy dla początków rynku niedźwiedzia. Korekcie z 2006 roku (podobnie jak podobnym korektom w latach 90. ? kryzys azjatycki, kryzys rosyjski) nie towarzyszyły takie problemy gospodarek jak obecnie. Wskaźnik wyprzedzający OECD CLI, wskazujący na koniunkturę za 6 miesięcy, jest już w fazie kurczenia się gospodarek (wskazanie poniżej 100) dla następujących państw: Chiny (99,9), Indie (96,1), Brazylia (96,6), Portugalia (99,9), Korea (99,8), Grecja (97,5), Finlandia (99,4), Czechy (99,8). Warto odnotować, że gospodarka chińska była motorem wychodzenia świata z kryzysu 2008 i jeśli teraz słabnie, to nie wiadomo kto znów pomoże gospodarce światowej, skoro Europa i USA wyraźnie hamuje.
Istnieją też pewne techniczne wskazówki pozwalające przechylić szalę na korzyść tezy, że obecnie rozpoczęła się bessa i nie jest to tylko korekta. Indeks cenowy szerokiego rynku (w przeciwieństwie do indeksu WIG nie uwzględniający ciężaru spółek ani dywidend) spadł od swych szczytów już 39%, pokazując silną tendencję spadkową na naszej giełdzie. Równie mocno spadł indeks sWIG80, który jest już na poziomach z 2009 roku. Ten ostatni wskaźnik dużo lepiej nadaje się do przewidywania ruchów na naszej giełdzie niż WIG20, czy WIG. Warto odnotować, że małe spółki weszły już w trend spadkowy w lutym tego roku a niektóre nawet wcześniej, trafnie przewidując koniec hossy na wiele miesięcy przed tym nim szeroko zaczęto o tym mówić. Jest to związane z małą płynnością na tych spółkach ? kapitał musi wychodzić z nich wcześniej.
Inne pomocne wskazówki
Na zakończenie warto przejrzeć kilka pomocnych wskaźników rynku kapitałowego, zdradzających co obecnie znajduje się ?na topie?. Koncentracja pozycji na indeks S&P500 i miedź ukazuje najwięcej grających na spadki na tych rynkach od dłuższego czasu. Na miedzi jest to najwięcej krótkich pozycji od października 2009 a na indeks S&P500 najwięcej krótkich pozycji od 9 miesięcy.
Koszty ubezpieczenia długu, mierzone rynkiem CDS, są obecnie w przypadku Francji wyższe niż w czasie apogeum kryzysu w 2009 roku i wynoszą 171 pkt. W ostatni piątek urosły o kolejne 5%. CDS na Niemcy są co prawda wciąż niżej niż w 2009 roku ale również rosną (w piątek wzrost prawie o 3% do poziomu 78 pkt). Jak widać rynek wciąż najbardziej boi się problemów europejskiego długu i utraty możliwości ich obsługi. Ewentualny ciężar tych problemów spadnie na największe i najsilniejsze gospodarki Europy - francuską i niemiecką. Jednocześnie rentowność obligacji niemieckich (10-latek, 20-latek i 5-latek) osiągnęła w piątek rekordowo niski poziom, co pokazuje, że w tym samym czasie rynek traktuje te papiery jako bezpieczną przystań, obok franka, jena, dolara i złota. Mimo wszystko trudno sobie wyobrazić, że gospodarka niemiecka, posiadająca potrójny rating AAA, może zbankrutować.
Warto obserwować tendencje na rynku surowcowym, który pozostaje bardzo silny mimo ostatniego krachu na rynkach akcji w sierpniu. Miedź i ropa są wciąż bardzo silne i nie poddają się ogólnej korekcie ani strachowi. Nie ma w tym nic zastanawiającego jeśli wie się, że surowce kapitulują ostatnie podczas gospodarczej zimy. Podobnie zachowuje się rynek obligacji korporacyjnych. Indeks CS Liquid Corporate TR, mierzący najbardziej płynne papiery w tym sektorze, rośnie, osiągając aktualnie nowy szczyt na poziomie 232 pkt. Podobnie zachowuje się Dow Jones Corporate Bond Index (aktualnie szczyt na 115 pkt) i Moody?s Bond Indices Corporate AAA, który mierząc rentowność dłużnych papierów korporacyjnych o najwyższym ratingu osiągnął poziom 4,3%. Hossa na tym rynku i zarazem stosunkowo duża siła rynku surowców przemysłowych pokazuje, że kapitulacja nie jest jeszcze tak powszechna jak mogłoby się wydawać. To nakazuje zachować dodatkową ostrożność.
Brak ostatecznej kapitulacji byków widać również w sondażach nastrojów na rynku kapitałowym, które są nadal całkiem pozytywne. Ankieta Investors Inteligence pokazała ostatnio ponad 40% byków, dwa razy więcej niż niedźwiedzi. Podobnie ankieta AAII Sentiment Survey, która 31 sierpnia wskazała na 38,6% byków i 32,3% niedźwiedzi. Jeszcze inna ankieta wskazała, że w stosunku do niemieckiego indeksu DAX jest aż 76% byków i zaledwie 24% niedźwiedzi. Z kolei indeks Blogger Sentiment, mierzący nastroje wśród bloggerów, wykazuje 42,8% byków i zaledwie 28,5% niedźwiedzi. Jak widać, ostatni krach giełdowy w sierpniu jest nadal przez dużą część inwestorów traktowany jak okazja inwestycyjna a nie początek bessy. Ujmując to kontrariańsko (na rynku większość nie ma racji) giełda ma wciąż duży potencjał do spadków.
Warto obserwować przepływy kapitałów w funduszach inwestycyjnych, które są w pewnej sprzeczności z powyższymi ankietami nastrojów wśród inwestorów. Wedle danych ICI, fundusze inwestycyjne lokujące zarówno w USA jak i na rynkach zagranicznych odnotowywały silny odpływ kapitału przez 3 tygodnie z rzędu. Wyjątkiem był tydzień zakończony 17 sierpnia na plusie, po którym kapitał znów zaczął odpływać. Jest to tyle istotne, że kapitały gromadzone w funduszach inwestycyjnych generują globalne ruchy indeksów. Co ciekawe fundusze obligacji w USA również odnotowywały odpływ kapitału. Wyjątkiem był tylko tydzień zakończony 24 sierpnia, kiedy były na plusie. Trwa globalny powrót do gotówki.
Bardzo ciekawe są dane pokazujące jak wobec sierpniowego krachu zachowały się osoby kupujące akcje spółek, w których mają udziały lub pracują (tzw. insiderzy). Wskaźnik mierzący ilość zakupionych przez insiderów akcji w skali dziennej był w sierpniu najwyżej od roku. Jednocześnie wskaźnik mierzący ilość sprzedających do kupujących w tej grupie pokazał, że w sierpniu stosunek sprzedających do kupujących był najwyższy od początku lat 70.
Ogólny obraz aktualnych tendencji pozostaje więc bardzo negatywny i zgodnie z zasadą rynków kapitałowych, która zakłada utrwalanie się tendencji a nie brak jej kontynuacji, należy więc oczekiwać dalszego pogorszenia się sytuacji zarówno na giełdach jak i w gospodarkach.
:: Następny >>